"Miś" Piotra
|
Tak dla przypomnienia:
Zdania pisane kursywą są komentarzami uczestników formu żeglarskiego,
wstawiłem je jako wnoszące konkretne informacje dla przyszłych budowniczych. Jeśli któryś z kolegów
nie chciałby aby Jego tekst był tu umieszczony - proszę o kontakt - natychmiast usunę
Zdjęcia i opisy za zgodą Piotra - ich autora są "przedrukiem" z Sailforum.
Część pierwsza - początek remontu
- Druga część remontu i "kruczki" Piotra
Zgodnie z obietnicą przedstawiam sprawozdanie z remontu, jaki prowadzę od czerwca 2008.
Mam nadzieję, że będzie ono pomocne dla innych osób realizujących podobne przedsięwzięcie.
Jesienią 2007 na pl.rec.zeglarstwo ukazało się ogłoszenie "sprzedam jacht typu Miś".
Po krótkiej rozmowie okazało się, ze właściciel za symboliczną kwotę sprzeda jacht z powodów osobistych.
Decyzję należało podjąć w kilka godzin, całkowicie w ciemno.
Po pół godzinie zdecydowałem się zaryzykować. Szybka wpłata, brak umowy, nieznany sprzedawca - idealny
opis potencjalnego oszustwa. Zdawałem sobie sprawę, ale mimo wszystko zaryzykowałem.
Jacht stał w Lublinie, ja w Wejherowie. Sprowadzanie go na zimę nie miało sensu,
uzgodniłem więc postój przez kilka miesięcy na starym miejscu.
Transport, pomieszczenie i czas udało się wygospodarować dopiero w czerwcu 2008.
O czym należy pamiętać przy transporcie: Miś jest niesamowicie ciężki.
Kiedyś pomagałem budować Lotną p. Patalasa, ta łódź może być podniesiona przez 2-3 osoby.
Misia z dużym trudem przenieśliśmy w 10 osób! Nie dość że waży swoje, to trudno go chwycić.
Sam transport odbył się na zwykłej przyczepie na której stało zrobione wcześniej łoże.
Łoże musi być solidne i to bardzo. Pomimo przywiązania jachtu pasami łoże i tak częściowo się złożyło,
co było źródłem sporego stresu.
Niestety nie mam żadnych fotek z transportu. Na zdjęciach jest tylko Miś w stanie początkowym:
W Wejherowie jacht został znowu przeniesiony (udało się w 7 osób) i spoczął na tymczasowym łożu.
Poprzedni właściciel z pomocą szkutnika wyznaczył elementy poszycia które należy wymienić.
Zdecydował się na wycięcie wąskich pasów.
Ja zacząłem od oględzin pokładu i wstępnie uznałem, że całość należy wymienić.
Co do burt miałem wątpliwości. Rozwiał je ostatecznie Tomek z Rumii (obecny tu Tim Bosman z Sailforum) -
poszycie należało wymienić w całości.
A to okazał się dopiero początek zabawy.
Zdejmowanie poszycia rozpocząłem od pokładu.
Sklejka przymocowana była rozklepanymi gwoździami oraz nitami miedzianymi. Miejscami były też wkręty.
Większość usuwałem poprzez zeszlifowanie szlifierką kątową łba i wybicie łącznika do środka.
Używałem taniej szlifierki (65 zł), sprawdziła się doskonale. Tarcze cienkie, do stali nierdzewnej.
Zużyłem ich około 15-20.
Całośc zajęła około tygodnia pracy po 5-6 h dziennie. Część zdjętych elementów poszycia widoczna na zdjęciu;
Im więcej zdejmowałem, tym więcej pracy mi dochodziło.
Przede wszystkim część wzdłużników okazała się być w bardzo złym stanie.
Oto przykład próchna na wzdłużniku:
W efekcie z początkowego "wypełnienia kilku dziur i zalaminowania" zrobiło się "wymiana poszycia i wzdłużników".
Wzdłużniki należy delikatnie oddzielać od kadłuba, ponieważ łatwo uszkodzić wręgi. A wymiany wręg już bardzo nie
chciałem ;-).
_________________
pozdrawiam
Piotr
Szkielet bez poszycia jest bardzo lekki. Bez kłopotów sam go przesunąłem aby zrobić miejsce na czas obracania:
Dwie osoby wystarczyły do przewrócenia go do gory dnem.
Potem samodzielnie ustawiłem go na helingu i wypoziomowałem.
Tu niestety pojawia si wiele problemów.
Odpowiednie ustewienie kadłuba, stojącego na krzywej podłodze jest trudne.
Znacznie łatwiej robić to w odwrotnej kolejności - najpierw heling, do niego wręgi i szablony, potem stępka.
Prawidłowość pracy na tym etapie zweryfikuje wodowanie, mam nadzieję, że łódka będzie stać pionowo.
Jacht został przymocowany do helingu za pomocą 12 ścisków + kilku podpierających belek.
Rolfok napisał:
Nigdy nie remontowalem starego jachtu, ale czy nie lepiej by było zbudować taki jacht od poczatku, z porządnych materiałów....?
Ilość zużytych materiałów - podobna, ilość czasu - chyba też.
Mogę się mylić...
Nie, nie mylisz się. Moje przemyślenia opiszę na końcu.
Dalszy etap to wymiana wzdłużników.
Niezbędne jest tu: pilarka elektryczna (wystarczy ręczna, choć stołowa jest znacznie wygodniejsza),
strug elektryczny, wiertarka, wyrzynarka, dobra piła ręczna do robienia skosów (u mnie sprawdziła się płatnica Stanleya).
Miałem jeszcze szlifierkę oscylacyjną, oszczędza wiele wysiłku. Tu nie warto oszczędzać,
choć nie ma też większego sensu inwestować w narzędzia profesjonalne.
Wzdłużniki zdejmowałem pojedynczo, natychmiast zastępując je nowymi.
Wzdłużnik obłowy i pokładowy wykonałem z dwóch cieńszych elementów, pozostałe wykonane są jako pojedyncze.
Wygięcie mozliwe jest jedynie po okręceniu wzdłużnika ręcznikami i polaniu gorącą wodą.
Chyba że ktoś dysponuje parownikiem ;) .
Wzdłużniki nie będą się trzymać jeśli się ich nie wygina na gorąco.
Na zdjęciu "dyrektor zarządzający" - moja żona.
Do naklejenia drugiej warstwy wzdłużnika obłowego potrzeba na prawdę wiele ścisków.
Na tym etapie dysponowaliśmy 70-ma, ale to i tak wciąż za mało. Ścisków nie da się mieć za dużo.
Kolejny etap to nadawanie całości odpowiedniego kształtu. Tu niezbędny jest ręczny hebel.
U mnie sprawdził się mały hebel Stanleya.
Należy pamiętać o częstym ostrzeniu.
I efekt końcowy:
I tu wyszedł pierwszy błąd.
Na etapie wymiany wzdłużników, nie dałem dwóch tymczasowych ram wręgowych, w wyniku czego w części
dziobowej poszycie nie leżałoby tak, jak powinno (wzdłużniki weszły za bardzo "do środka").
Konieczne było wklejenie nakładki, która rozwiązała problem.
** Dodano: 2008-11-22,**
Przy okazji zdejmowania kolejnych wzdłużników należy pamiętać o szlifowaniu starej farby.
U mnie miejscami była tak głęboko w drewnie, że jej całkowite zeszlifowanie było niemożliwe.
Uznałem, że coś co tak mocno siedzi na pewno się nie złuszczy.
Po wymianie wszystkich wzdłużników ponownie wypoziomowałem i przeszlifowałem kadłub,
będąc jeszcze mniej pewny czy da to właściwy efekt.
Potem wszystkie stare części poszycia pomalowaliśmy bejcą na ciemny brąz.
Wszystkie nowe pozostaną w naturalnym kolorze. Na całość we wnętrzu pójdzie lakier bezbarwny.
Stare części dzięki temu przestały odznaczać się brzydko w kabinie.
Następnie przystąpiliśmy do wklejenia nakładek do łączenia arkuszy sklejki poszycia.
Zrobiliśmy je grubsze niż powinny być, aby arkusze łączyć z nimi przy pomocy wkrętów 3.5x20 + klej poliuretanowy.
Po wykonaniu wszystkich zakładek przystąpiliśmy do poszywania.
Technologia była prosta:
1. Ściskami mocowaliśmy pojedynczy arkusz do wzdłużników i odrysowywaliśmy od środka przebieg wzdłużników i wręg oraz stępki. Na tym etapie stare fragmenty poszycia były nam średnio przydatne, wykorzystywaliśmy je tylko do bardzo zgrubnego wycinania nowych. Jeżeli sklejka źle się układała (środkowy płat denny szczególnie) kładliśmy ręczniki i polewaliśmy gorącą wodą. P 5 minutach zdejmowaliśmy, a płatom daliśmy poleżeć całą noc w tak zamocowane
2. Po odrysowaniu docinaliśmy płaty w miare dokładnie, z mniej więcej 1 cm zapasem na wzdłużniku obłowym (a później obłowym i pokładowym). Dokładnie pasowaliśmy na stępce (do pasa sklejki naklejonego na stępce) i na długość.
3. wiertłem 1 mm nawiercaliśmy otwory pilotowe na wkręty, a potem z drugiej strony odtwory poszerzaliśmy frezem, aby schować łby wkrętów.
4. Potem sklejka na posmarowany klejem szkielet mocowana "z grubsza" ściskami,
5. Czasami konieczne jest ponowne obłożenie ręcznikami polewanymi gorącą wodą. Jednak sklejka mięknie kiedy jest mokra i wtedy nie dokręci się porządni wkrętów,
6. Następnie należy wkręcić wkręty. Ściski ściągaliśmy dopiero następnego dnia.
Parę fotek:
Bardzo mocno dał nam w tyłek środkowy pas poszycia dennego. Jest duży i do tego gięty w dwóch płaszczyznach.
Pracowaliśmy na sklejce 6 mm, lecz na 8 mm to musi być prawdziwa jazda.
Ważne aby dysponować porządną wkrętarką. Ja kupiłem taką za 120 zł i to jedyne narzędzie którego serdecznie nienawidzę.
Większość wkrętów przykręcona jest przy pomocy wiertarki, gdyż akumulatory wkrętarki starczają na
jakieś 50-70 wkręceń.
Poszywanie zaczęliśmy od pasa dennego.
Wiem, że lepiej zaczynać od burt, ale uznałem, że położony później laminat zniweluje minusy takiego połączenia
na oble.
Dalszy etap to wyrównanie i zaokrąglenie płatów na oble i innych miejscach połączeń, dokładne przeszlifowanie i
laminowanie.
Niestety ten etap jest już na nowym filmie i na fotki trzeba chwile poczekać.
Pracując z narzędziami należy liczyc się s koniecznością zakupu dużej ilości rękawic gumowych
(mi poszło około 200 par) oraz... plastrów.
Dowód poniżej. Każde skaleczenie będzie si wielokrotnie otwierało, w końcu pracujecie rękami i
rana nie ma czasu na wygojenie.
Na zdjęciu widac tylko dwa palce, ale bardzo często były to wszystkie palce na obu rękach. ;)
Przemyślenia: kupno jachtu i jego reanimacja daje wiele satysfakcji.
Jednak ma wiele minusów i raczej nigdy tego nie powtórzę.
Każdą pracę należy wykonać dwukrotnie, nie pracuje się zgodnie z kolejnością prac wymyśloną przez konstruktora,
nigdy to końca nie oczyści się porządnie powierzchni.
Można tak wymieniać i wymieniać. Zdawałem sobie sprawę ze stanu jachtu,
jednak pewne rzeczy wiem dopiero po pół roku remontu.
Niby najlepiej jest uczyć się na czyiś błędach, jednak każdy lepiej pewne rzeczy rozumie dopiero kiedy
doświadczy ich sam.
Dlatego nie żałuję mojego kroku, ale na przyszłość będę mądrzejszy.
Napisałem:
To prawda - ale dzięki wyborowi remontu uratowałeś kolejnego Misia.
Jestem przekonany że gdybyś budował od nowa na pewno nie byłby to Miś... tylko zupełnie inny jacht...
Bardzo często kupując jacht do remontu dostajemy wraz z kadłubem wiele wyposażenia, miecz, ster maszt żagle,
kabestany itp.
Pamiętając że koszt kadłuba to zaledwie 30 % ceny jachtu nie jest tak źle w ogólnym bilansie remontu - zakładając oczywiście że celem jest odremontowanie oldtimera...
Piotruś dobra robota :-) gratulacje...
Choć faktycznie tak dużo rozebrałeś że wykonanie od początku nowego kadłuba było blisko :-)...
I taka sugestia: Trendy stare i nowe w szkutnictwie sugerują żeby sufity
(generalnie różne poziome płaszczyzny które widzisz od dołu) były białe lub jasne.
Reszta pionowej zabudowy może być w dowolnym ciemniejszym kolorze również w drewnie.
Takie ustawienie barw jasne/ciemne powiększa optycznie kabinę - wnętrze jachtu i nadaje
wrażenie lekkości jachtu.
Sprawdzałem na wielu jachtach - w przepięknym wnętrzu w całości wykonanym w drewnie
(kolor mahoń, nawet dąb) jednak czujesz się przytłoczony tym wnętrzem.
Natomiast taki sam jacht wykonany właśnie z białym sufitem dawał o wiele lepsze wrażenia przestrzeni i przytulności..
Zapomniałem o jednej rzeczy - mocowanie sklejki do szkieletu.
Wydaje mi się, że najlepszym sposobem są blachowkręty, albo wkręty mosiężne zastępowane po
sklejeniu przez kołki drewniane mocowane na klej.
Wkręty po sklejeniu należy wyjąć, następnie rozwiercić otwór i wprowadzić pokryty klejem kołek.
Ja mocowałem płaty na wkrętach z nierdzewki, którym dosyć łatwo urwać łeb.
Hobby Styl napisał/a:
Jeśli miałbyś czas - opisz sposób w jaki heblowałeś kształt wzdłużników na kadłubie, i jakich sposobów użyłeś "ustawiając" płaszczyzny wzdłużnik - dennik aby to wszystko zgrać na dłuższych odcinkach...
Ta czynnośc była zaskakująco łatwa.
Posługiwałem się małym strugiem ręcznym Stanleya. Postaram się odszukać jego numer produktu.
Strug należy dosyć często ostrzyć. Sam mówi kiedy tego potrzebuje ;-).
Wstępna płaszczyzna jest po prostu widoczna - widać czy wzdłużnik jest mniej więcej odpowiednio ukształtowany.
Następnie dokładnie zgrywałem wzdłużnik w okolicy wręg, przykładając kawałek sklejki.
Posuwałem się od rufy, ku dziobowi robiąc wzdłużnik "na gotowo" odcinkami pomiędzy wręgami.
Płynność sprawdzałem paskiem sklejki przykładanym pod różnymi kątami do wzdłużnika.
Problemem jest część dziobowa, gdzie ostateczny kształt nadałem przy poszywaniu.
Druga część remontu i "kruczki" Piotra.
Na razie napotkałem mały problem pod tytułem szlifowanie laminatu.
Na sklejce są 3 warstwy tkaniny 200 g/m2 więc siłą rzeczy nie jest to idealnie gładka powierzchnia.
Najpierw na całość nałożyłem warstwę szpachlówki - nierówności było dużo, więc
nakładanie na 90% miejsc mijało się z celem. Oczywiście szpachlówka miejscami była bardziej
grubo, a miejscami zupełnie symbolicznie.
Szlifowałem całość ręcznie papierem 40, aby ściągnąć wierzchnią warstwę szpachlówki w
najbardziej "wypukłych" miejscach.
Następnie szlifierka oscylacyjna/częściowo ręcznie papierem 120, potem
ręcznie papier 240 i na koniec ręcznie 320. W międzyczasie oczywiście w niektórych
miejscach szpachlowałem. Jak słusznie podejrzewacie, po tej pracy obwód bicepsa dochodzi
do 50 cm. Po ostatnim szlifie powierzchnia dna wyglądała bardzo ładnie.
Aż do czasu kiedy położyłem dwie warstwy podkładu (ma srebrny kolor) pod antyporostówkę.
Znalazło się kilka małych rys, czy drobnych zagłębień, ale to łatwo wyprowadzić - odrobina szpachlówki i jest ok.
Gorzej, że powierzchnia nie jest idealna. Tzn. patrząc "makroskopowo" odstaje od wyjętych z formy mydelniczek.
Dnem się jednak bardzo nie martwię, to różnice 1-2 mm odstępstwa od idealnego przebiegu krzywej,
poza tym dna nie widać. Ale chciałbym aby burty były idealne. Czy jest to możliwe, czy też takie
gładkie burty wymagają po prostu formy?
Czy takie efekty osiąga się używając długiej deski z papierem ściernym, czy są jakieś inne specjalne narzędzia?
Wcześniej przeszlifowałem sklejkę pod laminat i powierzchnia była bardzo równa, ale jak to osiągnąć na laminacie?
Napisałem:
Piotrze - Oczywiście że specjalne narzędzie - to właśnie ta długa deska :]
Powinna mieć uchwyt dwuręczny i im dłuższa tym lepiej - tak na moje oko powinieneś wziąć min 60 - 80 cm
jeśli oczywiście obejmiesz rękami. W praktyce przy większych kadłubach są nawet 2 lub 3 osobowe deski....
Inaczej nie uzyskasz płynnych linii...
Dobry papier wodny, dobry szpachel (w małych ilościach) i jazda....
Poniżej fotka takiej właśnie małej "maszyny"
Spróbuj zastosować metodę "kolorów"
Czyli :
szpachlujesz cienko i szlifujesz deską, jak wydaje Ci się że jest ok przemaluj całość bardzo cienko jednolitym
kolorem innym niż kolor szpachli - po czym przeszlifuj deską kadłub -
na pewno zobaczysz miejsca plamiaste - czyli takie gdzie masz kolor nałożonej farby i
miejsca gdzie jest kolor poprzednio kładzionej szpachli bądź laminatu.
Te właśnie "stare" miejsca to "górki" a te w których pozostała farba to "dołki"
teraz musisz podjąć decyzję - czy szpachlować dołki czy szlifować górki -
a co robić zależy od tego czego jest znacznie więcej.
Jeśli generalnie masz kilka dołków to szpachluj - jeśli masz kilka górek szlifuj.
Jak to zrobisz malujesz kolejny raz farbą i jazda od nowa to samo..... aż uzyskasz efekt "cały kadłub bez farby".
Można też zamiast farby zakreskować kadłub ołówkiem - gęsto kreska przy kresce i
postępujesz tak samo jak w powyżej opisanej metodzie "farbowej"
To żmudna praca , efekt można uzyskać "lustrzany" z idealnym przebiegiem linii, jednak
przeanalizuj czy warto poświęcić tyle czasu na to. Może w tym czasie lepiej zrobić inne ważne na jachcie rzeczy?
Powyższa metoda jest ważna dla obłych kadłubów gdzie bardzo wyraźnie widać wady linii.
Przy Twoim kadłubie może puścić wzdłuż pasek kontrastowego koloru który doskonale odwraca uwagę
od ewentualnych niedociągnięć...
Pozdrówki
Adam
********
Leo828 zapytał:
PioBia, mógłbyś opisać w jaki sposób kleiłeś wzdłużniki (te z dwóch cieńszych listw) i jak je profilowałeś.
U mnie wzdłużnik burtowy (burta-backdeck) to decha 35mm x 100 mm.
Raczej nie mam szans na wygięcie go do profilu w moich warunkach, więc myślę o tym żeby zrobić go z dwóch warstw.
Jakie pułapki mnie czekają?
I pytanie do wszystkich którzy używali iroko: jak sprężysty jest ten rodzaj drewna w porównaniu do np: z
wykłej sosny? Pytam, bo będę po nowym roku zamawiał drewno i muszę wiedzieć czy te wzdłużniki będę robił 35 x 100 mm
czy klejone....
********
Temporalis napisał:
Iroco to twarde lekko tłustawe drewno. Bardzo "światłoczułe" ale nie butwiejące w wodzie.
Do sosny nie ma żadnego porównania. Fizycznie bliżej mu do dębu.
Do klejenia elementów konstrukcji powierzchnie klejone dobrze jest odtłuścić.
Przy szlifowaniu do szlifierki podłączać trzeba odkurzacz albo zakładać maseczkę bo
pył jest bardzo duszący. Cienkie elementy moim skromnym zdaniem zdecydowanie bardziej sprężyste niż dębina.
Grube dębowe elementy giąłem na gorąco ale iroco jeszcze nie próbowałem
Gięcie i profilowani wzdłużników jest dosyć łatwe.
Zgodnie z sugestią projektanta wzdłużniki obłowe i pokładowe kleiłem z
dwóch warstw materiału.
Po kolei wygląda to tak:
1. zamocować wzdłużnik wewnętrzny do pawęży (u mnie klej + 2 wkręty oraz tymczasowo ścisk),
2. obłożyć ręcznikami zamoczonymi w gorącej wodzie na długości 3-4 m,
3. Po 3-5 minutach mocować wzdłużnik do kolejnych wręg
4. I tak, aż do dziobnicy
5. wzdłużnik zewnętrzny robić tak samo (obkładając gorącymi ręcznikami), Ja nie mocowałem go ogóle wkrętami,
wyłącznie klej + ściski (70 ścisków na 6 m wzdłużnik to tak na styk, na Twojej łodzi zaryzykowałbym i 150 ścisków).
Bez namaczania (lub parowania w parowniku) u mnie nie było możliwe odczepienie ścisków (wzdłużnik bardzo silnie
próbował się wyprostować). Całość robiłem po kolei - kiedy zamocowałem wzdłużnik wewnętrzny i odczepiłem ściski,
zabierałem się dopiero za zewnętrzny.
Brak wkrętów na etapie wzdłużnika zewnętrznego wiąże się z koniecznością późniejszego profilowania - wkręty trzeba
by zagłębiać, a i tak część z nich byłaby odkręcana.
Profilowanie jest łatwe, wymaga tylko dokładności i cierpliwości. Całość prac z nim związanych robiłem po sklejeniu
wzdłużników. Przebieg wręg pozwala na dokładne wyprofilowanie wzdłużnika na ich wysokości. Pomiędzy wręgami przykładasz
pas sklejki, układasz go pod różnymi kątami i wyraźnie widzisz, czy trzeba jeszcze strugać, czy wystarczy.
Moim zdaniem należy to robić ręcznie, strug elektryczny jest zbyt niedokładny.
Sam zobaczysz, że ta czynność idzie dosyć łatwo. Jeśli zbierzesz zbyt dużo materiału, zawsze możesz dokleić pas drewna.
Jeśli nie jesteś pewny, czy jest dobrze, poczekaj do poszywania, zawsze tych parę ruchów heblem możesz wykonać
dopasowując rzeczywisty kawałek poszycia.
Piotr
Leo828 zapytał:
Czy musiałeś kleić listwy z których wykonałeś wzdłużnik czy miałeś je w jednym kawałku?
A jeśli tak, to czy zewnętrzną (tą doklejaną) ukosowałeś czy łączyłeś "do lica"?
Listwy łączone są z dwóch odcinków. Miałem deski ok. 4.0 m, a potrzebowałem ponad 6 metrowych.
łączenia ukosowałem (wychodziło mi jakieś 1:12). Do ukosowania najlepiej zrobić korytko z trzech desek.
Kiedy próbowałem układać wzdłużnik bez nagrzewania ręcznikami, połączenie pękało w okolicach tego łączenia.
Jeśli mnie pamięć nie myli to było to 18x40 mm. Nie mam pod ręką dokumentacji. Czyli denny i burtowy 18x40 mm,
natomiast obłowy i pokładowy 36x40.
Po zastosowaniu gorących ręczników nic już nie pękało, wzdłużnik trzymał nadany kształt.
Ale dobrze rozumiem chęć dodania nakładki - lepiej jak będzie 2x za mocne, niż 0.2 x za słabe ;-)
Drewno - sosna z suszarni, nie sezonowana. Nie jest to ideał, ale tylko tym dysponuję.
Rozważałem dąb, ale gięcie dębu....
W projekcie w odpływach kokpitowych zastosowano schemat: przejście burtowe - zasuwa klinowa - tuleja - wąż giętki -
przejście burtowe.
Nie spotkałem się dotychczas z zasuwą w odpływie kokpitowym.
Jaki jest cel jej stosowania (6 osób w kokpicie i zejście kokpitu poniżej linii wodnej?)?
Czy można zastąpić zaworem kulowym? Czy można w ogóle nie stosować zasuwy?
Rzecz jasna kokpit jest powyżej linii wodnej.
Hun napisał:
Każde przejście burtowe poniżej linii wodnej lub blisko linii wodnej
( a najlepiej każde) powinno być wyposażonwe w odpowiedni zawór.
Zasuwa jest mniej wrazliwa na zanieczyszczenia, które niszczą teflonową "sferę" w zaworze kulowym.
Tam gdzie jest giętki wąż nie odważyłbym się pływać bez zaworu.
Miałem kiedys instalację odpływową bez zaworu, ale była zrobiona z rur giętkich oblaminowanych w całości.
Niby proste, ale bardzo trudne w czyszczeniu (zawsze się szymś zapcha).
| Tak wygląda zawór z zasuwą: |
A tak zawór kulowy |
 |
 |
Zdjęcie pochodzi ze strony www.sklep.pgi.com.pl/
*****
Wnętrze doprowadzone do porządku, jestem w trakcie malowania zenz, skrajnika dziobowego i achterpiku.
Zabieramy się z wolna za zabudowę, jest tu jednak wiele znaków zapytania.
Najchętniej wstawiłbym na razie dwie hundki, a szafkę zostawił na "po sezonie".
Nie wiem, czy chcemy mieć zlew z odpływem, czy nie, czy kuchenka 1-, czy 2-palnikowa, czy trzecia koja powinna być,
czy lepiej zrobić cały przód kabiny jako szafki.
Po sezonie będziemy wiedzieć jak się gotuje na Misiu, w ile osób zwykle pływamy,
jakie szafki na prawdę są potrzebne.
Z drugiej strony można zacząć od trzymania się dokumentacji, a ewentualnie potem przerabiać.
boSmann napisał:
Zabudowując Misia (Maka też) poświęciłem arkusz pilśni na różne symulacje.
Warto było.
Wpierw obejrzałem dokumentację, potem zacząłem sobie wyobrażać co i gdzie chcę schować,
jak będę wykonywał różne czynności itp.
Po stworzeniu jakiejś wizji przymocowałem listewki i z pilśni robiłem imitacje różnych szafek, półek itd.
Jak to już było gotowe to przeprowadziłem test z kolegą. Poruszaliśmy się, gotowali oraz wznosili toasty.
Dzięki temu było całkiem ergonomicznie a co ważne były to łódki gdzie nie trzeba było pić ;)
(określenie mojego kolesia) bo głowa omijała pokładniki :]
Na LB hundkoja i koja dziobowa, na PB hundkoja i szafki (podobnie jak w planach) .
Ta dziobowa szafka w części podpokładowej była do samego pokładu a w części pod pokładówką miała obniżenie na
kardan z kuchenka 2 palnikową.
Nad kojami były jaskółki (piętrowe) i wewnątrz podzielone .Podczas siedzenia wygodnie się
o nie można było oprzeć (efekt przymiarek) . Nie mogą zbyt nisko schodzić nad koje,
żeby nie przeszkadzały w spaniu.
Na małej łódce, no dobra, na średniej wielkości jachciku zasadniczo wszystko wykonuje się
siedząc więc ważne jest takie zorganizowanie aby wszystko było w zasięgu ręki.
<
font size="+1">Robiąc zabudowę, pamiętaj też o zapewnieniu przepływów powietrza.
Tam była jeszcze wąska szafeczka między koją a szafką (na PB) na dole miała jaskółkę dostępną od wezgłowia koi
(na różne podręczne drobiazgi hundkowego spacza), częśc górna otwierana klapką to było miejsce na różne butelki; olej,
mleko itp)
Teraz to chyba bym też zrobił hundkoję na PB do samej pawęży, zyskując trochę miejsca w mesie.
****
Po poszyciu burt i dna przyszedł czas na wykończenie powierzchni i rantów sklejki.
Czynność częściowo wykonana strugiem elektrycznym, potem wykończenie strugiem ręcznym i papierem ściernym.
Wszystkie główki wkrętów (uprzednio zagłębione na 1-2 mm) zostały zaszpachlowane (epidian 61 + TFF + mikrobalony).
Niektóre wkręty zostały wkręcony zbyt blisko krawędzi.
Wówczas wykręcaliśmy je, dziurę rozwiercałem wiertłem fi6 i w ich miejsce mocowałem kołki drewniane na klej.
Miejsca te widoczne są przy oble jako czarne kropki.
Kolejnym krokiem było wykończenie dziobnicy.
Tu niestety nie popisałem się...
Zamówiłem u stolarza (pozdrawiam) solidne drewno na dziobnicę.
Pan spisał się na medal - zaoferował 15-letni sezonowany jesion, o gęstym słoju, piękny kawałek drewna.
Jesion nie jest zalecany na zewnętrzne elementy łodzi, z racji na średnią odporność na działanie wody,
jednak planowaliśmy laminowanie burt, zatem uznaliśmy, że nie jest to problem.
Przyniosłem wymiary dziobnicy do stolarni (wzięte z planów Misia) i przez ponad 4 h stolarz obrabiał
początkowo bardzo gruby kawałek drewna.
Następnego dnia pędziłem z uśmiechem na twarzy do jachtu, przypominając pewnie Pieńkową Damę z Twin Peaks
("mój pieniek coś wie...").
Radość trwała krótko - dziobnica była za krótka o 5 mm na bokach.
Rozmiar teoretyczny nie zgadzał się z praktycznym. Wystarczyło wziąć wymiar z jachtu, a nie planów.
Ostatecznie dziobnica (poprawnie: nakładka dziobowa) powstała z kilku warstw sklejki 6.5 mm,
a ostatnia warstwa to dębina (20 mm).
Całość obrabiana z grubsza elektrycznym strugiem i na gotowo strugiem ręcznym i papierem ściernym
W sumie dziobnica jest bardzo twarda, wygląda solidnie, a za zamontowany trzema śrubami sztagownik
(zgodnie z dokumentacją, przelotowo) podnosiłem cały kadłub i nic nawet nie zatrzeszczało.
Wstępnie temu bardzo istotnemu elementowi ufamy.
** Dodano: 2009-01-29, **
Po dokładnym wyszlifowaniu kadłuba rozpoczęliśmy laminowanie.
Pozwolę sobie wkleić relację "na gorąco" z wątku dotyczącego laminowania:
Laminowałem Epidianem 61 + TFF + tkanina 200 g/m2.
Najpierw przygotowanie powierzchni potem grunt rozcieńczoną żywicą.
Pierwsza warstwa to sekcja dziobowa + dno.
Następnie dwie warstwy na całym kadłubie. Poszło około 11 kg Epidianu + niecałe 2.5 kg TFF.
Wagi odmierzane wagą elektroniczną (do wyrzucenia po laminowaniu, mimo starań cała brudna).
Pracowałem w około 14-15 stopniach C, wilgotność na poziomie 60%.
Zaczynałem od dawek na poziomie 150 g żywicy (podaję samą wagę epidianu),
po uzyskaniu wprawy skończyłem na stałych porcjach 246 g epidianu.
Używałem zgodnie z radą Bosmana pędzli 3-calowych, płaskich z przyciętym włosiem (do około 1,5 cm).
Naczynia i narzędzia co 30 minut myłem acetonem.
W sumie poszło na odtłuszczanie i mycie około 5 l acetonu.
Laminowałem powoli i dokładnie, efekt jest dobry.
Laminowanie jest bardzo łatwą czynnością, w stosunku do niektórych prac w drewnie.
Na pierwszej fotce kadłub zagruntowany jedną warstwą żywicy z rozpuszczalnikiem
(warstwy nie pamiętam, al przemiły Pan w gdańskim Laminopolu na pewno chętnie doradzi czego użyć *).
Kolejne zdjęcia w trakcie i po położeniu pierwszej warstwy laminatu.
Potem zajęliśmy się już tylko laminowaniem, aparat poszedł w odstawkę.
Laminowanie rozpocząłem rano (około 9:00), do 18:00 laminowałem sam, potem dołączyła żona.
Skończyliśmy o 3 w nocy następnego dnia.
* dawno nie spotkałem się z tak "uprzejmym" sprzedawcą. Potraktowałem to jako lekcję pokory i darmowe przeniesienie w czasie w lata 80-te
Nok napisał o "wpadce" z dziobnicą:
Takie rzeczy się zdarzają. To normalne, że człowieka coś zaćmi w takim ferworze tworzenia.Przyznam się, że mam satysfakcję z dopingowania Ciebie moją pracą. Trzeba sobie wyznaczyć jakieś popychadło by robota szła do przodu. Dla mnie nim jesteście Wy wszyscy. Dobrze Ci idzie Piotrek.
Trzymam kciuki za Twoją pracę. A swoją drogą to musiałeś się nieźle zmordować tak długim laminowaniem.
Kolejny etap - szlifowanie. Szlifowanie rozpocząłem tydzień po laminowaniu.
Warstwa wierzchnia była jednak nieco lepka.
Trudno ując to słowami, po prostu nie była tak twarda jak laminat 0.5mm głębiej.
W dotyku całość była twarda, ale przy szlifowaniu bardzo szybko zatykała papier.
Pierwszy szlif robiłem szlifierką oscylacyjną, papierem 40.
Papieru poszło bardzo dużo. Udało się zdjąć tą warstewkę wierzchnią.
Powierzchnia pozostała bardzo nierówna, dlatego całość pociągnąłem warstwą szpachlówki,
wyrównując gumową pacą.
Nie chciałem szlifować samego laminatu, a dzięki temu uzyskałem dobrą bazę do dalszej pracy.
Zadowalającą dokładność w stosunku do szlifierki oscylacyjnej dawała ręczna robota,
dlatego potem pracowałem ręcznie używają papierów kolejno 40, 120, 180 i 320.
Po kilku dniach pracy uznałem, że szkoda czasu na szlifowanie całego kadłuba i skupiłem się na części dennej.
Po oszlifowaniu mogłem ją pomalować i obrócić kadłub.
Burty można robić na odwróconym kadłubie. W sumie szlifowałem 3 tury (szpachla - szlif),
efekt wydawał się zadowalający.
Nie używałem długiej deski, ale mądrzejszy o doświadczenia "denne" użyję jej do burt.
Linia wodna.
Jacht nie został wypoziomowany wzdłużnie na helingu.
Zatem linia wodna biegła nieco po skosie.
Aby dokładnie ją wyznaczyć na końcach helingu przymocowałem dwie kantówki.
Punkty linii wodnej na dziobie i rufie znałem z planów. Przeniosłem je przy pomocy poziomnicy na kantówki.
Następnie rozpiąłem pomiędzy nimi linkę, wiążąc w punktach uprzednio zaznaczonych.
Teraz trzymając poziomnicę poziomo posuwałem się wzdłuż linki, co 2-3 cm zaznaczając punkt na kadłubie.
Potem wystarczy wszystkie punkty połączyć przy pomocy taśmy malarskiej i można malować.
N
Niestety przy malowaniu postanowiliśmy być mądrzejsi niż poziomnica i nieco przesunęliśmy taśmę na
dziobie (na długości 50 cm, mniej więcej 20 cm od dziobnicy).
Dopóki kadłub był odwrócony wszystko wyglądało idealnie, dopiero po powrocie do pozycji
kilem na dół uwidoczniła się falka. Niby to tylko 5 mm, ale widać wyraźnie, że linia nie jest równa.
Ponieważ obecnie trudno ją równo zeszlifować planujemy domalować 5 mm aż do samej dziobnicy.
Linia wodna też będzie tam szersza, więc będzie wyglądać, że tak miało być.
Nakładanie antyporostówki.
Zdecydowałem i zastosowaniu produktów firmy International.
Nie jest to najtańsza firma, za rok powiem czy było warto.
Wybrałem Cruiser Uno, z podkładem Primocon.
Już po pierwszej warstwie podkładu uwidoczniły się nierówności powierzchni (brak długiej deski do szlifowania się
kłania).
Ogólnie dno jest gładkie, ale nie jest to ideał. Przy burtach pewnie zeszlifowałbym podkład i dalej
szpachlował, ale uznałem, że jak na dno to ujdzie.
Potem pojechałem do Gdyni pooglądać podwozia wyslipowanych jachtów i teraz jestem pewien że to co mam w
zupełności wystarczy.
Zarówno Primcon, jak i Cruiser Uno są bardzo wydajne, nakładają się łatwo i bez wysiłku.
Bardzo przyjemna robota.
Aby przyspieszyć schnięcie wkładałem pod kadłub grzejnik elektryczny (tani, marketowy konwektor) 2 kW,
co czyniło powierzchnię ciepłą (mniej więcej 20C).
W sumie poszły trzy warstwy Primoconu (1,5 puszki) i dwie Cruiser Uno (jedna puszka).
Obracanie kadłuba.
Najbardziej stresujący i nerwowy moment. Serdeczne podziękowania dla Wojtek63 za pomoc.
Kadłub obracały 4 osoby: Wojtek, gospodarz garażu, żona i ja.
Do dyspozycji mieliśmy 6 opon i 4 duże worki pełne trocin. I wiecie co? Poszło bez problemu.
Miś zaczyna nabierać masy, ale nie jest problemem uniesienie go z jednej burty.
Wesoło było w drugiej fazie - czyli opuszczania Misia na równą stępkę.
Wtedy nie ma co chwycić i ważne jest aby dobrze rozmieścić opony.
Rozważania nt. wysokości stania w Misiu. To proste, wystarczy zrezygnować z dachu podkładówki :-)
Zapomniałem o ważnej rzeczy.
Doszliśmy do porozumienia z nazwą jachtu. Będzie to "Miluś".
Olszyc byłby zbyt "dorosły", a Miluś z jednej strony nawiązuje do smoczka z Kajka i Kokosza, z
drugiej do nazwiska konstruktora.
cdn...
|